„Śmierć tak dobrze mi znana z pracy, tym razem przyszła z wizytą osobistą. Oto się spotkaliśmy twarzą w twarz, a mimo to wyglądała nieznajomo.”
Są książki, o których można opowiadać całymi dniami przy kubku gorącej herbaty, streszczać fabułę co do najmniejszego szczegółu, utożsamiać się z bohaterami i rozmyślać nad tym, co by było, gdyby jednak nie weszli oni do tej jaskini, gdyby nie zdecydowali się podjąć wyprawy, gdyby wybrali taką, a nie inną drogę. Rozemocjonowani pierwszym tomem, z niecierpliwością oczekujemy kolejnego, a gdy autor ucina w najmniej odpowiednim momencie, już praktycznie jesteśmy spakowani i gotowi do odwiedzenia ich miejsca zamieszkania celem emocjonalnego szantażu. Chwalimy pisarza lub też wieszamy na nim psy. Zawsze my, czytelnicy, mamy coś do powiedzenia.
A gdyby przeczytać książkę, po lekturze której nie sposób otworzyć ust? Która na cały głos krzyczy nam w duszy, a nie jest w stanie przejść przez gardło? O autorze której nie potrafimy wykrztusić słowa? I wreszcie - gdy na pytanie „I jak ci się podobała?”, możemy tylko niemo podać egzemplarz pytającemu ze słowami „Sam zobacz”?


